...co za dużo, to niezdrowo...
Lista wpisów    O co tu chodzi?    Zgłoś błąd   
RSS notki   RSS komentarze
Kategorie: aktualne wykopaliska




Nasza historia moto

[10-03-2009]

W ciągu kilku lat nasze samochody z obiektów czysto użytkowych niespodziewanie stały się ważnym hobby. Nikt dokładnie nie wie jak to się stało ;) ale doszło do tego chyba z dwu powodów - na stare lata ;) rozwinęła się we mnie skłonność do komfortu i wygody, i w tym kierunku „przesunęły się” nasze samochody; i dwa - samochody łączą w sobie tyle różnych dziedzin (mechanika, elektryka, elektronika, komputery, ba, krój i szycie, meblarstwo ;) ) i otwierają tyle możliwości, że "hurtowo" zastąpiły wiele innych moich hobby.

Naszymi pierwszymi samochodami były nieśmiertelne „maluchy”, czyli Polskie Fiaty 126p, 650cm3 pojemności, wersje przeciętnie ubogie. Pierwszy był niezbyt sprawny już kiedy go kupowaliśmy (sprzęgło było nie do opanowania – po pół roku doszedłem, że to słaby docisk), był niezbyt ciekawy, a w trakcie użytkowania zajeździłem go okrutnie (pierwsze dachowanie – po miesiącu ;) ). Pod koniec 3 letniego żywota jedyną całą blachą był pas tylny trzymający silnik; dzielnie jeździł do końca, a skończył się po wjechaniu pod Jelcza, zmiażdżony przód, zwichrowana cała podłoga. Drugi zakupiony natychmiast (dojeżdżałem do pracy 20km) był znacznie sprawniejszy mechanicznie i lepiej wyglądał, ale okropnie rdzewiał, w końcu zaczął się błyskawicznie (w ciągu tygodnia..) sypać mechanicznie. Byliśmy wtedy już na etapie rozważania czegoś nieco większego niż „maluch”, czterodrzwiowego przynajmniej (dzieci były już w wieku przedszkolnym), zaczęliśmy się na gwałt rozglądać za czymś nowym. Niestety w zasięgu finansowym okazały się tylko krappety (Kadety) i to niezbyt ciekawe (klekoczące diesle, rdza na rdzy). Jedyny jeszcze w zasięgu i fajny, w benzynie i w sedanie (a la Nexia Daewoo), został nam wykupiony sprzed nosa. Marzyliśmy o Eskorcie (fajne - daleko poza zasięgiem finansowym…), japończyków (np. fajny Mitsubishi Colt, ale 3 drzwi, jakieś Toyoty) bałem się ze względu na ceny części, które tam i wtedy były dla nas okropne; nowotworów polskiej i włoskiej myśli technicznej miałem po paru latach dosyć. I tak snuliśmy się desperacko po komisach oglądając nielubiane diesle czy zardzewiałe poniemieckie. W bodaj ostatnim tego dnia oglądałem jakiegoś przetrąconego Forda Oriona jeszcze w kwadratowej budzie, kiedy żona ze szwagrem, snujący się po komisie zameldowali, że tam dalej stoi Ford Scorpio w cenie tego Kadeta, którego nam sprzątnięto… (dygresja – samochód był kiedyś w dalszej rodzinie w sensie „Scorpio 1986 na zadupiu Polski w roku 1988”, kto nie pamięta tych czasów, nie jest sobie w stanie wyobrazić, co to znaczyło, to nie była dwuletnia limuzyna w PL, jak teraz powiedzmy dwuletnie Modeo czy Vectra, to było coś jakby obecnie objawił się w PL Rolls&Royce Phantom czy jakiś Bentley. Jechaliśmy nim do ślubu i ogólnie był bardzo bardzo wporzo). O rany – możemy mieć srebrne Scorpio! Po kilku dniach i przezabawnym zostawianiu „malucha” w rozliczeniu (kiedyś to opiszę…), odjechaliśmy Scorpio CL, 1988, 2.0 na gaźniku, hatchback, bez wspomagania i bez „wypasu”, po prostu CL. Był po prostu genialny, niewiarygodnie wygodny, pojemny i całkiem przyjazny. Trochę kulał mechanicznie, trochę go poobijaliśmy, ale było bosko – koledzy przesiadali się w paroletnie Polonezy, szczytem marzeń była Łada 2107, a my mieliśmy naprawdę genialny samochód. Znamiennie i trafnie podsumował Scorpio starszy kolega z pracy, kiedy towarzystwo zbiegło się oglądać szokujący nabytek – „No to masz przerąbane, za duży przeskok zrobiłeś, już nigdy w nic mniejszego nie wsiądziesz…”

Po jakimś pół roku omawialiśmy z żoną już rozpoznane Scorpio, jaki samochód byłby jeszcze lepszy - wyszło nam, że coś jak Scorpio wielkością i wyglądem, tylko żeby miało klimę, dla żony automat i dobre regulacje foteli (malutka), dla mnie jakieś 50% więcej mocy. Wtedy nie wiedzieliśmy, że takie Scorpio istnieją ;) – nadal nie interesowałem się zbytnio samochodami, aktualnie używany naprawiałem i zajeżdżałem, zresztą, przegrywałem tylko z rdzą i z kosztami części do degradujących się wozów. Z tego też powodu po paru latach pociąłem Scorpio na części, zostało z niego trochę po dziś dzień ;) a przesiedliśmy się w srebrne 2.0 EFI, nieco bardziej zadbane, też CLa ale dopieszczonego. Po kolejnych paru latach, obiciu błotnika, degradacji zawieszenia i mechaniki, dojrzeliśmy do wymarzonego samochodu, czyli zacząłem rozważać, oczywiście, Scorpio 2.9 w automacie. Postudiowałem w internecie, odrzuciłem opcję Cosworth jako zbyt ryzykowną kosztowo i mechanicznie, przejrzałem różne ogłoszenia, pojechałem po jednego z bratem doświadczonym w automatach (wóz nie wart był splunięcia…) i już miałem się poddać i wykonać rundę po komisach za czymkolwiek podobnym do Scorpio, niekoniecznie V6, kiedy ostatni raz obejrzałem raczkujące Allegro i zobaczyłem Scorpio Ghia 2.9 ‘91, prawie prosto z lawety z Niemiec, do opłat, i to blisko nas. Tego samego dnia je kupiłem ;) oczywiście poprzedni 2.0 natychmiast złośliwie się popsuł… Nowe Scorpio było bajeczne, była to najbardziej maksymalna opcja dla Scorpio Ghia mk1 z końca produkcji, literalnie miał wszystko, łącznie z pakietem RS. Mechanicznie był bez zarzutu, jedyną za to wielką wadą była rdza… kiedy go kupowałem, miał w typowych miejscach purchle, po 3 latach miał początki dziur, obecny właściciel (kolega z pracy) ma wszędzie dziury.


Można powiedzieć, że ten samochód zmienił wiele – po pierwsze, zasiał mi bakcyla na lekki tuning, dopieszczanie, po prostu był to wymarzony samochód. Po drugie, pokazał całej rodzinie nowy wymiar komfortu. Po trzecie – wtarłem się w Ford Scorpio Team i forum. Tego samochodu już nie zajeżdżałem, nie rozwalałem go o byle co, dokładałem do niego gadżety.

W międzyczasie żona skończyła studia, poszła do pracy, potrzebowała samochodu. Z powodu warunków terenowo – drogowych w okolicy nie raz rozważaliśmy SUV czy terenówkę, ale nie było woli. Teraz był pretekst, z alternatywy Samuraj/Vitara (zgrabne, proste, fajne, ale trudno o automat) – Ford Explorer (za duże, za ciężkie, ale żonie się podobał, automat w standardzie i niezła koordynacja powerpacka ze Scorpio) wygrał Explorer. Jednego obejrzałem gdzieś na Pomorzu (nie wart splunięcia…) tracąc całą sobotę, więc już w niedzielę wkurzeni kupiliśmy pierwszego z brzegu w okolicy, był tani, bo skrzynia szwankowała i miał kupę usterek. Powalczyłem z nim, i nadal dzielny „toster” służy wiernie żonie i w zagrodzie jako muł roboczy ;)

Po 3 latach rdza zaczęła wygrywać ze Scorpio, i, trudno przyznać, po 10 latach Scorpio zaczęły mi się nudzić… W międzyczasie rozchorowałem się na „szlachetniejszą wersję Scorpio” ;) czyli Lexusa LS400, i zdecydowałem się Scorpio zamienić na „coś innego”. Lexusy były na granicy zasięgu, zrezygnowałem z V8, przegląd i OC Scorpio się kończyło, więc impulsowo kupiliśmy zaniedbanego Pontiaca Trans Sporta ’94, 3.8, dobrze „odpasionego” (zawsze jak nie wiedziałem co kupić, to lądowałem w Trans Sportach / Luminach, ale kanonicznych, z długim „pyskiem”, miałem do nich wielki sentyment z czasów „maluchów”, kiedy mijały mnie TSy nóweczki…). Scorpio natychmiast kupił kolega, i nie chce oddać ;) chociaż rdza je zabija…


TS okazał się po pierwsze nieco przekombinowany technicznie, ale jeszcze do przełknięcia, w końcu opanowałem jego usterki; za to niestrawny dla żony „bo ponieważ”, a dla mnie, bo FWD i wysoki. Zresztą, to trudno nazwać, jest pojemny, wygodny, ma niezły wykop i właściwości jezdne jak na vana, zacne wyposażenie, nie rdzewieje po wierzchu, po plastikowy, ale – to nie to. Tak bardzo brakowało mi płaskiego RWD, że któregoś dnia, gdy zobaczyłem ogłoszenie o dość zadbanym srebrnym Merkur Scorpio, tego samego dnia pojechałem do grodu Kraka i kupiłem sobie zabaweczkę ;) Merkur jest unikalny, w niezłym stanie, aczkolwiek niepełnym wyposażeniu i ze skrzynią manualną. Zostanie na dożywociu jak zabawka do „motania” i do niedzielnych przejażdżek. Z tego powodu nie rozwiązał problemu obrzydzenia do codziennego Trans Sporta – ale na to znalazło się proste rozwiązanie, Scorpio tanieją, więc znowu impulsowo, kupiłem pierwsze z brzegu sensowne Ghia mk1 na uczciwym wyposażeniu i mechanice, z „rudą” gratis. Mogłem zamienić vana na Audi V8, na jakiś kabriolet, mogłem zapożyczyć się na Lexusa, mogłem wiele rzeczy, ale na co dzień Scorpio mi na pewno wystarczy.

Co będzie dalej, nie wiadomo. 4 samochody to oczywiście początek kolekcji ;) ale już dość znaczny koszt (przecież wszystkie „ponad skalą” OC…). Kryzys obniżył ceny, więc sprzedaż vana jest niezbyt racjonalna, choć to jest rzeczywiście w tej chwili zbędny samochód. Pożyjemy, zobaczymy – żona głęboko i fatalistycznie wierzy, że przy moim nastawieniu LS400 nas nie minie i nie rozumie, czemu go od lat nie mamy ;) nadciągający kryzys (niskie ceny) i kryzys wieku średniego może mnie sprowokować do kabrioleta ;) Trans Sport i Merkur odstawione pod dach, czekają, jeden na pomysły, drugi na czas wolny… (zdjęcie tytułowe strony jest z tego okresu)

[18-03-2009]

Czasy się zmieniają, flota się zmieniła, i to w kierunku jeszcze miesiąc temu – nieprawdopodobnym. Otóż, chciałem kupić kolejne Scorpio, liftbacka RS, i w jakimś przypływie desperacji i odpływie gotówki, rzuciłem pomysłem, że zamienię się z kolegą od „UFO” - odda mi „UFO” i trochę kasy, dostanie całkiem przyzwoitego vana. Kolega się zgodził. Liftbacka z Gdyni nie kupiłem, bo był ruiną, nawet na części się nie nadawał, te które chciałem, były be. I nagle mamy trzy Scorpio i Explorera. „UFO” jest już bardzo dziurawe od rdzy, ma troszkę zaniedbań i nowych usterek, ale też parę rzeczy poprawionych, opony, akumulator i inne drobiazgi wymienione. Czyli mam dwa samochody do dopieszczania, bo Merkur nadal „w trakcie”… A praktycznie zbędny okazuje się sedan „granatnik”, kupiony zaledwie miesiąc temu. To nic – dwa samochody poszły pod dach, „granatnik” do jazdy, a plan rezerwowy (załamał żonę, bo rzuciłem pomysł w godzinę po pozbyciu się Trans Sporta, „mogłeś chociaż jeden dzień wytrzymać bez głupich pomysłów… jeden dzień… ;) ”) zakłada, że „granatnik” kiedyś będzie do zabawy i przerobienia, i że Ford Mustang 2005+ ma wymiary, rozstaw osi i niektóre elementy bardzo podobne do Scorpio ;D

[24-11-2009]

Choroba postępuje – od czasu do czasu rozglądaliśmy się za czymś z wyraźnie wyższej półki niż Scorpio, powiedzmy V8, jakiś lexus, mercedes, itp ale brakło woli i pieniążków. Kiedy jednak przypadkiem (w wyszukiwarce allegro wybrałem poza >230KM itp. rzeczami „sportowy/coupe”) trafiłem na Thunderbirda SC w przyjemnym stanie i cenie, i co gorsza pokazałem go Grażynie, a co jeszcze gorsza – spodobał jej się, nie było wyjścia. Staliśmy się posiadaczami kolejnej, tym razem naprawdę potężnej, maszyny do spalania paliwa… piątej… Sam nie wierzę, gdy piszę, że mamy 5 opłaconych samochodów od 2.9 do 5.0 pojemności, z tego 4 jeżdżące ( "UFO" w remoncie , nie udało się go zakończyć przed zimą). Thunderbird jest bardzo fajny i unikalny, więc nadal trudno pozbyć się czegoś z floty – ciągle mamy dwa „zwykłe” i już trzy „unikaty”. Ale zdaje się, że czegoś pozbyć się trzeba, bo hobby zaczyna nas przytłaczać…

[29-09-2012]

W międzyczasie (drobiazg, trzy lata) sporo się zmieniło, chociaż raczej w składzie floty, niż w zakresie czy ogólnej filozofii.


Scorpio "granatnik" zbiodegradował się, poszedł do ludzi, ale o ile wiem, już rozsypał się i trafił na prawdziwy szrot.

Przybył, ale po półtora roku czy około wybył, "maluszek" dla żony, czyli Dodge Shadow.

Rozsypał się ponownie (ale inaczej) automat w Explo, wóz poszedł na części do "upalaczy" terenowych. W miejsce Explo miał być nowszy Explo albo Expedition, ale wskoczyła dla żony Suzuki Vitara, i jest strasznie pożyteczna. Za resztę z Vitary zachciało mi się egzotyki, kupiłem Pontiaca Fiero. Gdzieś tutaj był moment,kiedy przejściowo dobiliśmy rekordowych 7 czy 8 wozów.

Thunderbird poszedł do maniaków po nieco ponad 2 latach - był przefajny, ale wielkim V8 po prostu nie mamy gdzie jeździć, to bez sensu na małe drogi i przebiegi, i skończone zasoby kasy na paliwo. Co ciekawe, nie straciliśmy na nim złotówki, jeszcze zostało sporo gratów.

Rok temu wrócił Trans Sport (tak, ten sam egzemplarz - to chore...), przejechał Europę, i jeszcze trochę, ale raczej stoi niż jeździ. Scorpio UFO przekształciło się ok. roku temu w pseudomustanga, i jeździ ok, tyle że pomalować trzeba je ponownie, bo to mi nie wyszło.

Na lato zachciało mi się zmian i płaskiego sportowatego, więc nabyłem okazyjne Camaro w średnim stanie - kupa frajdy i wyglądu w przystępnej cenie, małym silniku i wypasie, ot, kryzys wieku średniego.

Z bólem serca sprzedaliśmy ostatnio Merkura - jako 5-6 samochód, tylko mój (ręczna skrzynia), stał znacznie więcej niż jeździł, ale szkoda, bo drugiego takiego już nie będzie. Czyli ze zdjęcia w nagłówku strony został już tylko Trans Sport.


Stan na dziś - 5 wózków, same automaty, od 1.6 po 3.8l. Camaro, scorpio, vitara są tip top, transsport jako rezerwa i ma drobiazgi do zrobienia, fiero popsute stoi już ponad rok.
_________________________
Autor: Boni
Kiedy: 2012-10-03, środa
Tagi:  snucie

No Comments




Valid HTML 4.01 Strict   powered by PHP


Engine: Anvil 0.53   BS 2012